Piłka nożna lata 50.

W piłkę nożną zaczęto grać w dzielnicy fabrycznej Kraśnika (wówczas jeszcze Dąbrowie Bór, w latach 1954-75 Kraśniku Fabrycznym) w roku 1948. Drużyna, grająca pod szyldem Koła Sportowego „Metal”, występowała w najniższej grupie rozgrywek, klasie C. Treningi odbywały się na prowizorycznym boisku obok tzw. „smolucha”, natomiast mecze do 1954 roku rozgrywano na boisku w dzielnicy Kraśnika Lubelskiego, Koszary.

W trzyletnim okresie istnienia KS „Metal” grali m.in.: Franciszek Banowicz, Marian Pastuszewski, Jan Krysteli, Zbigniew Lewicki, Jan Pop, Stefan Kotwica, Zbigniew Wyrostek, Wacław Gryczka, Kazimierz Pietrzyk, Eugeniusz Kopeć, Zenon Walter, Paweł Chmielorz, Zbigniew Puchała, Jan Gąsior, Henryk Talatycki, Zenon Walter, Kazimierz Sobierajski, Edward Drop i Leszek Kotwica.

Trening KS „Metal”. Trzeci od lewej Jan Krysteli, w środku (w dresie) Jan Pop, drugi z prawej (odwrócony tyłem) Mieczysław Greczko, pierwszy z prawej Jan Gąsior
Jedna z drużyn grających pod szyldem KS „Metal”. Zdjęcie wykonane na dawnym boisku „Tęczy” Kraśnik, w roku 1950. W pierwszym rzędzie: Kazimierz Sobierajski, Edward Drop i Jan Krysteli. W drugim rzędzie: Jan Gąsior, Marian Pastuszewski i Eugeniusz Kopeć. Stoją (od lewej): Franciszek Banowicz, Zenon Walter, Leszek Kotwica, Zbigniew Lewicki i Wacław Gryczka

W roku 1951 na bazie zawodników KS „Metal” oraz innych niezrzeszonych drużyn powstała drużyna w nowo utworzonym Kole Sportowym „Stal”.

Jedna z pierwszych drużyn „Stali” z roku 1951 (bramkarz, Mieczysław Stachyra, zdjęcie z archiwum Mieczysława Stachyry)
Jedna z pierwszych drużyn „Stali” z roku 1951 (bramkarz, Mieczysław Stachyra, zdjęcie z archiwum Mieczysław Stachyry)

W 1952 roku piłkarze „Stali” zajęli II miejsce na Lubelszczyźnie w rozgrywkach o Puchar Polski. Poziom, jaki prezentowali w 1952 r. był jednak oceniany słabo. Przyczyn upatrywano w braku instruktora, który podnosiłby umiejętności graczy.

Reprezentacja Zakładów Metalowych Kraśnik, które w roku 1952 powstały na bazie majątku wydzielonego z KFWM. Oba przedsiębiorstwa ponownie połączono w 1953 r. Była to jednak z kilku lokalnych drużyn, z którymi „Stal” organizowała sparingi, kolejnymi była reprezentacja jednostki KBW oraz firmy budowlanej z Kalisza
Jedna z drużyn „Stali” w latach 1951-53 (bramkarz, Mieczysław Stachyra, zdjęcie z archiwum Mieczysław Stachyry)

W sezonie 1953 piłkarze występowali w rozgrywkach klasy C (do roku 1962 rozgrywki pokrywały się z rokiem kalendarzowym), w sezonie 1954 już w klasie B i zajęli drugą pozycję. Opiekunami piłkarzy z ramienia zakładu byli w tym czasie inżynierowie Waligórski i Lubczyński.

Drużyna z roku 1954. Stoją (od lewej): Badura, Talatycki, Szafrański, nieznany, N.N., N.N., Pierowski, N.N. Klęczą: N.N., N.N., bramkarz Szewczyk, Bubeła, Gryniuk (zdjęcie z archiwum Romana Bubeły)
Mecz z roku 1954, rozgrywany na bocznej płycie obecnego MOSiR (zdjęcie z archiwum Romana Bubeły)

Stalowcy z każdym rokiem podnosili poziom gry. W sezonie 1954 miewali słabsze mecze, ale były także udane występy. Duże uznanie zyskali po wygranej 6:0 (4:0) w Lublinie z tamtejszą „Unią”. Bramki dla KS „Stal” strzelili: Zagórowski 3, Kotwica 2 i Wazia. Dużo pochwał usłyszał po spotkaniu dobrze broniący kraśnickiej bramki Mieczysław Stachyra, który w spotkaniu obronił „jedenastkę”. Kierownik drużyny, Stefan Kotwica (ojciec kapitana zespołu, Leszka), po meczu powiedział: „Jeszcze takiego meczu Stal Kraśnik nie zagrała. Doprawdy chłopcy grali koncertowo”. W B klasie obok „Stali” grały m.in. zespoły: „Unia” Lublin, „Stal” Poniatowa, „Kolejarz” Dęblin, „Kolejarz” Lublin, „Budowlani” Lublin, LZS Końskowola i in.

„Życie KFWM” rok 1954
Drużyna „Stali” z roku 1954, zdjęcie zostało zrobione po wygranym meczu z „Budowlanymi” Lublin (zdjęcie z archiwum Mieczysława Stachyry)
Drużyna „Stali” z roku 1954, zdjęcie zostało zrobione po wygranym meczu z „Budowlanymi” Lublin , od lewej: Kotwica, Stachyra, Chmielewski, Zagórowski, Bubeła, NN, Puchała, NN, Talatycki, Kocoń, Wazia, Starzecki
Rok 1955
Rok 1955

W roku 1955 sezon od początku napawał entuzjazmem. Dużo pochwał na łamach gazety „Życie KFWM” otrzymali piłkarze po wygranym 2:0 meczu rozegranym 25 września 1955 r. w Lublinie, z tamtejszą Gwardią: „Oceniając to spotkanie trzeba przyznać, że drużyna „Stali” jest zespołem ambitnym i stojącym na dość wysokim poziomie”. Wyróżniającymi się zawodnikami byli kapitan – Zagórowski oraz Drzazga i Starzecki. Przeciwnikami „Stali” były m.in. drużyny: LZS Rurowianka, „Gwardia” Lublin, „Włókniarz” Lublin, „Unia” Lublin, LZS Janów Lubelski, LZS Niedrzwica i LZS Opole Lubelskie. Sezon zakończył się zdobyciem mistrzostwa lubelskiej klasy B i awansem do klasy A. Był to pierwszy, liczący się sukces drużyny trenowanej przez instruktora Józefa Piekło. Kraśniczanie zdobyli 36 punktów, tracąc zaledwie 4. Stosunek bramek 101 strzelonych do 16 straconych wskazywał na duże możliwości drużyny. Dużym problemem tamtego okresu był brak stabilizacji składu spowodowany powoływaniem piłkarzy do wojska. 

„Życie KFWM” rok 1955

W roku 1956 „Stal” zakończyła rozgrywki klasy A na drugiej pozycji w tabeli i awansowała do powstałej lubelskiej klasy okręgowej, określanej jako III liga. Drużynę w tym czasie trenował Michał Karpiński. Od tego roku, obok pierwszej drużyny do rozgrywek klasy C zgłoszono drużynę rezerw. Z tą grupą przez rok pracował instruktor Ryszard Krajewski. Również w tym samym roku rozpoczęto w „Stali” pracę z grupami młodzieżowymi, zgłoszonymi do rozgrywek trampkarzy i juniorów. Zajęcia z najmłodszymi prowadził instruktor Zbigniew Leśniewski.  

W roku 1956 Koło Sportowe „Stal” skupiało już 214 zawodników, w tym 37 kobiet. Powołano więc specjalistyczną Przychodnię Sportowo-Lekarską, gdzie przyjmował chirurg Stanisław Grasiński,

W 1956 r. w drużynie „Stali” grali: Powązka, Maksymiuk – bramkarze, Podniestrzański, Zagórowski, Leśniewski, Maziarczyk, Pietrachowicz, Biernacki, Komorowski, Dachno, Starzewski, Golda, Gorgol, Drzazga, Machura i Czekryszew.

W sezonie 1957 „Stal” zajęła czwartą pozycję w III lidze, pod wodzą trenera II klasy, Jana Ketza.

1.         WKS Lublinianka        23      29:10
2.         Motor Lublin                19      25:15
3.         Gwardia Chełm            14      15:20
4.         Stal Kraśnik             12      19:20
5.         WKS Unia Lublin        11      20:24
6.         Hetman Zamość          11      22:32
7.         Technik Zamość           10      13:20
8.         Avia Świdnik                10      16:31

Źródło: https://www.facebook.com/Pi%C5%82karz-384436948278986/
Źródło: https://www.facebook.com/Pi%C5%82karz-384436948278986/

Kontrola działalności klubu przeprowadzona w październiku 1957 roku na zlecenie Komisji Sportu i Turystyki przy KW PZPR w Lublinie oraz WKKF w Lublinie wykazała, że w tamtym okresie sekcja liczyła 38 czynnych członków, w tym 14 juniorów. Treningi odbywały się trzy razy w tygodniu, przy 60 procentowej frekwencji. Kontrolujący zalecali władzom klubu wprowadzenie większej dyscypliny w sekcji piłki nożnej.

Od lewej: Gorgol, NN, NN, Gąsior, Podniestrzański, trener, Baran Kazimierz, Baran Marian, kierownik Kozioł. Kleczą, od lewej: Bubeła,bramkarz Muszyński, Komorowski, Krajewski, NN, Stachyra

W drugiej połowie lat 50., wraz z szybkim rozwojem Kraśnickiej Fabryki Łożysk Tocznych, zakład coraz więcej uwagi poświęcał RKS STAL, efektem czego było sprowadzanie do Kraśnika zawodników z wyższych lig. Przykładem są bracia Eugeniusz i Jerzy Pulikowscy. Pierwszy miał na swoim koncie grę w Górniku Wałbrzych i Motorze Lublin. W 1958 roku młodszy z braci, Jerzy, również przeniósł się do Kraśnika Fabrycznego. Jerzy grał przed przejściem w Górniku Wałbrzych oraz Legii Warszawa.

Seniorzy zakończyli sezon 1958 na VI miejscu w lubelskiej Lidze Okręgowej, zwanej także III ligą. Z 16 zdobytymi punktami i 8 zwycięstwami oraz 10 przegranymi. W tym czasie drużynę prowadził trener Aleksander Kupcewicz, ojciec późniejszego wielokrotnego reprezentanta Polski, Janusza. W zespole grali m.in.: J. Pulikowski, E. Pulikowski, Dachno, Leśniewski, Gorgol, Zagórowski, Czekryszew. Zarząd „Stali” w sprawozdaniu złożonym MRN podał przyczynę niskiej pozycji: „Do zasadniczych błędów ubiegłego sezonu zaliczyć należy zbyt późne rozpoczęcie szkolenia wynikłe z odejścia bez uprzedzenia trenera Ketza, skutkiem czego zgranie zespołu nastąpiło w końcowej fazie rozgrywek. Wpływ na wyniki miało także zbyt częste eksperymentowanie składem, bagatelizowanie systematycznego szkolenia przez niektórych zawodników i skłonności do wykroczeń przeciwko przepisom i dyscyplinie, co w konsekwencji eliminowało zawodników, na których liczono. Duży ujemny wpływ na pozycję drużyny miały mecze z Unią i Lublinianką, które można by zaliczyć do „niedzieli cudów”, gdzie moralnym zwycięzcą był bezsprzecznie nasz zespół”. Jak wynika ze sprawozdania władz klubu, zespół znacznie lepiej grał pod koniec sezonu, czego dowodem było wygranie Pucharu Kuriera Lubelskiego, za cenny uznano wynik 6:1 w Zamościu z tamtejszym „Hetmanem”. W tym samym czasie drugi zespół seniorów zajął II miejsce w rozgrywkach klasy B. Juniorami zajmował się w tamtym wówczas Zbigniew Leśniewski. Opinie wyrażone w podsumowaniu zarządu potwierdzał w liście zamieszczonym w „Życiu KFWM” lokalny ekspert, za jakiego można uznać byłego piłkarza „Metalu”, późniejszego redaktora wymienionej gazety, Zbigniewa Wyrostka, który pisał: „Wielu z nas zadaje sobie po raz nie wiem który już pytanie, dlaczego nasza drużyna raz przegrywa ze słabiutkim przeciwnikiem, to znów zabłyśnie z silnym zespołem (na przykład z „Lublinianką”). To prawda, że „piłka jest okrągła” i nie zawsze przegrany mecz świadczy o złym poziomie drużyny. W przypadku naszej drużyny, gdy obserwuje się jej grę na bieżąco, można odnieść wrażenie jakiegoś prymitywizmu, powiedziałbym brak odwagi przed wyzbyciem się eksperymentowania. Przecież ciągłe zmiany w składzie i na pozycjach drużyny chyba nie sprzyjają „zgrywaniu” się zawodników. A tak niestety, jest. Np. na lewym skrzydle raz widzimy E. Pulikowskiego, innym razem Gorgola, to znów Czekryszewa, a ostatnio w spotkaniu z „Lechią” Gdańsk, E. Pulikowski grał na prawym łączniku. Czy przypadkiem nie czas by było skończyć z tymi eksperymentami?” Ten sam ekspert oceniając grę zawodników, stwierdził: „Z linii napadu o klasę lepszy od swoich kolegów jest Jerzy Pulikowski, były zawodnik II ligowego „Górnika” Wałbrzych. Posiada on doskonałe opanowanie piłki i silne strzały, a poza tym gra z „głową”, czego u pozostałych zawodników nie wyczuwa się, oczywiście z wyjątkiem zdolnego piłkarza Jurka Dachny na pomocy i stopera Leśniewskiego”.       

Zdjęcie z pochodu 1-majowego w roku 1959. I szereg (od prawej): Ryszard Olszewski, Zbigniew Leśniewski, Marian Szymczyk, Bogdan Drzazga. Drugi szereg (od prawej): Machura, Dydliński, Walczak, Starzecki

W sezonie 1959 stalowcy poprawili swoją pozycję w lidze, zajmując czwartą. Przed sezonem przybyli Szymczyk – ze „Stali” Sosnowiec, Martyn – z Nysy Kłodzkiej i Dydliński – z „Cracovii”. Ubyli natomiast Karol Madejski (odszedł do „Stali” Starachowice), Stefan Chmaj do „Polnej” Przemyśł i Jerzy Dachno, który rozpoczął służbę wojskową w „Unii” Lublin. Barwy „Stali” reprezentowali: Olszewski i Muszyński – bramkarze, Czekryszew, Dydliński, Martyn, Zagórowski, Starzecki, Leśniewski, Szymczyk, Jarzyna, Eugeniusz Pulikowski, Jerzy Pulikowski, Wyka, Drzazga, Walczak, Zasławski, Golda, Machura oraz dwaj zawodnicy, którzy zasilili szeregi stalowców w trakcie sezonu, przybyli ze Stali Sosnowiec: Jerzy Czepczyk i Zbigniew Majewski. W tymże roku „Stal” wygrała turniej o Puchar Kuriera Lubelskiego, pokonując w tych zawodach wszystkie drużyny w zdecydowany sposób. Stalowcy w sezonie rywalizowali z zespołami: „Unia” Lublin, „Orlęta” Łuków, „Gwardia” Lublin, „Motor” Lublin, „Technika”, „Stal” Poniatowa, „Lublinianka”, „Budowlani” Lublin i „Hetman” Zamość. Pierwsza runda, wiosenna, rozpoczynała się 5 kwietnia 1959, a kończyła 14 czerwca 1959 r.

Zespół RKS STAL: Baran, Leśniewski, przedstawiciel OZPN, Wyrostek, Starzecki, Jarzyna, Golda, Wyka. Kleczą (od lewej): kibic, Walczak, Olszewski, Zagórowski, Jerzy Pulikowski i Drzazga.
Podsumowanie sezonu 1958

Pod koniec roku 1959 w sekcji piłki nożnej istniały cztery drużyny, które skupiały 18 seniorów, 16 juniorów i 22 trampkarzy. 

Piłkarze (od lewej): Jerzy Pulikowski, Olszewski, Martyn, Drzazga, Dydliński, Zasławski, Machura, Szymczyk, Walczak, Czekryszew i Leśniewski. Zdjęcie wykonane 5 kwietnia 1959 roku, przed meczem „Stali” z WKS Unia Lublin. Wynik 4:1 (1:0) dla kraśniczan.
Zdjęcie wykonane w trakcie wyjazdu do Łukowa, na mecz z Orlętami. Od lewej: Eugeniusz Pulikowski, Podniestrzański i Olszewski.

Wspomnienia Mieczysława Stachyry

Mieczysław Stachyra, bramkarz „Stali” związany z klubem od roku 1951 do 1960 tak wspomina lata gry:

   Pochodzę z Kraśnika, po wojnie ukończyłem szkołę w Zgierzu koło Łodzi, łącząc ją z grą w piłkę nożną. Początkowo byłem zawodnikiem pola. Przypadek zadecydował, że w jednym z meczów stanąłem na bramce. Spodobała mi się nowa pozycja i zostałem bramkarzem do końca kariery, co nastąpiło pod koniec lat 50. W roku 1951 KFWM poszukiwała pracowników, dowiedziałem się o tym, jak też o tworzonej przy fabryce drużynie piłkarskiej. Postanowiłem powrócić w rodzinne strony. Wówczas „Metal” przekształcił się w „Stal” i zespół przystępował do rozgrywek w klasie „C”.  

Zostałem pierwszym bramkarzem „Stali”. Długo nie mieliśmy trenera, podnoszenie umiejętności odbywało się głównie poprzez częstą grę. Przeprowadzaliśmy jedynie treningi strzeleckie. Obok występów w klasie „C” organizowaliśmy sparingi z drużynami lokalnymi oraz z regionu. Kilka zespołów działało w pobliskim Kraśniku, na swoim terenie spotykaliśmy się na przykład z drużyną, którą tworzyli żołnierze jednostki KBW, ochraniającej fabrykę. Było w niej kilku chłopaków, którzy potrafili grać w piłkę. Liczba sparingów wzrosła od czasu, kiedy w kadrach zaczął pracować Paweł Chmielorz, były piłkarz „Metalu”. W jego dziale był telefon, miał więc możliwość dzwonienia do innych zakładów, by umawiać spotkania. Pierwszym kierownikiem zespołu, oddelegowanym do opieki przez kierownictwo fabryki, był pan Kozioł. Meczom czasami towarzyszyły zabawne sytuacje. Drużyna z Zaklikowa przyjeżdżała do nas furmankami. Piłkarze zatrzymywali się w lesie, tam czekali i dopiero w ostatniej chwili pojawiali na boisko. Liczyli, że w naszym zespole nastąpi rozluźnienie z powodu oczekiwania.    

Parada Mieczysława Stachyry

Wszystko, co działo się w kraśnickiej piłce nożnej w trakcie mojej kariery, to jedna wielka improwizacja. Pod każdym względem. Na początku lat pięćdziesiątych nie było czegoś takiego jak rejestracja zawodników w okręgowym związku. Każda osoba mogła zagrać w drużynie klubowej, o ile została zgłoszona przed meczem. Dlatego trudno jest podać skład zespołu, jaki występował w konkretnym sezonie. Był oczywiście kilkuosobowy trzon drużyny, ale pozostałych dobierano na zasadzie, kto ma czas, ten tym razem wybiega na boisko. Oczywiście znaliśmy się i wiedzieliśmy kto posiada większe umiejętności. Powiadamianie o terminach meczów też zawodziło. Raz zasiadałem już do obiadu, kiedy po mnie przyjechano. Każdy, kto potrafił grać w piłkę nożną mógł przyjść na boisko obok „smolucha”, by pokazać się na treningu „Stali”. Do Dąbrowy-Bór, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, przyjeżdżało wielu ludzi z Polski, kierowanych do fabryki nakazami pracy. Były w tym gronie osoby z dużych miast, które miały za sobą kontakt z piłką nożną. Niewielu jednak wiązało się z klubem na dłużej. Przyjechali przecież w innym celu. Dostawali mieszkania i zakładali rodziny. Na przeszkodzie stał też system zmianowy w zakładzie oraz poważniejsze kontuzje, o które nie było w tamtych czasach trudno. Rotacja w zespole była więc bardzo duża. Po połączeniu KFWM i Zakładów Metalowych wraz z dalszym szybkim rozwojem fabryki liczba pracowników znacząco wzrosła. Dyrekcji zaczęło coraz bardziej zależeć na rozwoju sportu, w tym najpopularniejszej dyscypliny, piłki nożnej. Otoczono zawodników większą troską, na przykład po godzinie 11, dwa lub trzy razy w tygodniu, wychodziliśmy z pracy na trening. Od kiedy pojawiła się pomoc ze strony zakładu o ustabilizowanie składu było już łatwiej. W połowie lat pięćdziesiątych zatrudniono też pierwszego szkoleniowca, był nim Piekło.

Na początku lat pięćdziesiątych spotykaliśmy się na boisku przy „smoluchu”. Tam też rozgrywaliśmy mecze sparingowe oraz niektóre ligowe. Pierwszy plac do gry można porównać do klepiska. Ubity margiel po obfitych deszczach nie nadawał się do gry. W planie była już budowa stadionu z dwoma boiskami. Treningowe koszulki i spodenki mieliśmy własne. Jedynie na mecze dostawaliśmy jednolite stroje. Getry i korki miałem swoje, przywiozłem ze Zgierza. Każdy indywidualnie musiał sobie radzić ze zdobyciem sprzętu. Dlatego niektórzy grali w trampkach, inni w tenisówkach, a kto nie mógł nic zdobyć, boso. Pamiętam, że było w drużynie dwóch braci Zielińskich. Jeden z nich mógłby być niezłym piłkarzem, ale kto miał go odkryć? Zieliński był bardzo szybki, wytrzymały, miał dobre opanowanie piłki. Grał przy tym boso.

Piłka była skórzana, wiązana. Należało naprawdę wykazywać się dużymi umiejętnościami, żeby tego rodzaju piłkę złapać. Jak namokła była bardzo ciężka. Pamiętam, kiedyś na treningu, po silnym strzale Zagórowskiego, który był bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną, dostałem namokniętą piłką w klatkę piersiową, ta dosłownie mnie zmiotła i wpadłem z nią do bramki.

Gra w latach pięćdziesiątych była bardzo ostra, zawodnicy waleczni i nieustępliwi. Bardzo często, w obecnym rozumieniu przepisów, naruszano je. Sędziowanie nieraz powierzano osobom przypadkowym, bez dostatecznej wiedzy, które nie potrafiły pohamować graczy. W pamięci zapadł mi mecz w Parczewie, w trakcie którego aż pięciu naszych zawodników musiało opuścić boisko z powodu kontuzji spowodowanych ostrą grą przeciwnika. Inny zapamiętany mecz to ostatnie 10 minut w Biłgoraju. Po moim celnym wyrzucie piłki ręką do Zagórowskiego, ten poszedł odważnie na bramkę i silnym strzałem zdobył gola. Przeciwnicy nie potrafili pogodzić się z ewentualną przegraną 1:0, ruszyli bardzo ostro do odrabiana straty i zaczęło dochodzić do bardzo ostrych spięć. Tadeusz Badura, z którym w roku 1954 razem broniliśmy bramki „Stali”, po jednym z ostrych starć z napastnikiem w Lublinie miał złamany obojczyk. Po tej kontuzji jedynie na krótko powrócił do bramki, a zapowiadał się na tej pozycji bardzo dobrze. Gra po głowach, jak wówczas mówiło się o ostrej walce na boisku, była wynikiem dużej ambicji graczy.

W latach pięćdziesiątych piłka nożna była czysta, mam tu na myśli kwestie pozasportowe. Nie było ustawiania wyniku, płacenia zawodnikowi za to, żeby spowodował rzut karny, itp., wiemy o co chodzi. Kibice zgromadzeni na trybunach też byli inni niż teraz. Oczywiście mogły pojawić się jakieś wulgarne słowa, ale nic po za tym. Udane akcje zawodników drużyny przeciwnej też były nagradzane oklaskami. Po meczu nie było obaw, że ktoś z gości zostanie zaatakowany. Negatywne zjawiska zaczęły pojawiać się w latach sześćdziesiątych.  

W latach 1954-56 odbywałem służbę wojskową. Po jej zakończeniu wróciłem do fabryki i gry w piłkę. Klub był już lepiej zorganizowany, zaczęto też ściągać zawodników z całej Polski. To nie były dobre posunięcia. Odbywało się to tak, że nawiązywano kontakt z zawodnikiem, obiecywano mu mieszkanie, najczęściej na początek w hotelu oraz pracę w fabryce. Klub, a dokładnie fabryka, opłacał takiemu zawodnikowi przewiezienia jego rzeczy. Mogły też być jakieś niewielkie pieniądze na zagospodarowanie się. Dla wielu osób była to duża zachęta do przyjazdu do Kraśnika Fabrycznego. Korzystali z tego, ale często szybko zmieniali plany i w zespole grali krótko. Byli to zawodnicy, mający za sobą grę w poważnych klubach, ale tam, z różnych powodów z nich zrezygnowano. To była zła polityka, należało więcej uwagi poświęcać tym, którzy byli już silnie związani w Kraśnikiem Fabrycznym i perspektywiczni ze względu na wiek oraz umiejętności.

Stopniowo przychodzili lepsi piłkarze, ale czasami wiązały się z tym konflikty i niechęć do współpracy na boisku. Niektórzy sprowadzani piłkarze mieli zbyt wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach. Rzeczywiście, widzieli piłkę na dużo wyższym poziomie i więcej wiedzieli o organizacji gry. Ale i u nas nie brakowało dużych talentów, takich jak Bogdan Drzazga, którym potrzeba było poświęcić więcej uwagi. Może to komuś wydawać się niemożliwe, że grę w piłkę znaliśmy tylko na podstawie relacji w radio. Nie było telewizji, nie było możliwości pojechania do dużego miasta na mecz zespołów z najwyższej ligi. Pozostawało tylko radio i relacje transmitowane na żywo. Zasiadaliśmy przy odbiornikach, wsłuchiwali się, a potem, podczas spotkań w gronie zawodników lub z kibicami piłki nożnej, gorąco dyskutowaliśmy o meczu. Chociaż nie widzieliśmy zagrań, podań, strzałów, itd. wyobraźnia pozwalała na ocenę poszczególnych zawodników, akcji i oczywiście wyniku. –   

Wspomnienia Janusza Machury

W drugiej połowie lat 50. mieliśmy bardzo silny zespół, w dużej części składający się z zawodników, którzy przychodzili do Kraśnika z drużyn grających w wyższych ligach. Nie wszyscy na stałe grali w pierwszych drużynach, jak na przykład Marian Szymczyk, który przyszedł z I ligowego Zagłębia Sosnowiec i częściej był tam wystawiany w drużynie rezerw, której przedmecze odbywały się wówczas zawsze przed spotkaniem pierwszego zespołu. Pomimo tego byli to bardzo dobrzy, jak na nasz region, piłkarze. Trenowaliśmy trzy lub cztery razy w tygodniu. Stopniowo liczba treningów wzrosła do pięciu. Pracowaliśmy w fabryce do godziny 11, potem szliśmy na stadion. Opieka klubu nad zawodnikami stale poprawiała się, zaczęliśmy nawet dostawać niewielkie pieniądze, żeby po treningu zjeść obiad w kawiarni, która była przy domu kultury.   

O tym, że do Kraśnika przychodzili zawodnicy decydowały różne powody. Przewodniczący rady zakładowej w KFWM, Ryszard Ciepielewski, miał dobre kontakty w Proszowicach, skąd sprowadził Pawłowskiego. Pawłowski był świetnym piłkarzem, jednym z najlepszych w historii klubu. Z powodzeniem mógł grać w tamtych czasach w I lidze. Ze Śląska pochodził dyrektor fabryki Eugeniusz Jach, którego dobre kontakty okazały się pomocne przy ściąganiu zawodników z tamtego regionu. Nowi gracze pojawiali się także na treningach dzięki panu Kokoszce, który jeździł na mecze po całej Polsce, głównie na Śląsk, podpatrywał zawodników i czasami kogoś przywoził do Kraśnika, żeby nasi trenerzy go ocenili. Z Kalisza dzięki niemu przyszedł Adrian. Zdaje się, że Kokoszka otrzymywał jakąś gratyfikację od zawodników, jeżeli załatwił przyjęcie do zespołu, z czym wiązało się podpisanie umowy o pracę w fabryce. W tamtych czasach, w niższych ligach, z przejściem piłkarza z klubu do klubu nie wiązały się rozliczenia finansowe między nimi. Zawodnicy często sami szukali dla siebie klubów i wybierali najchętniej te, które były związane z dużymi zakładami.  Przychodząc dostawali wysoką grupę zaszeregowania, co zapewniało dobre zarobki. Po przejściu dostawali przeważnie IX grupę. Mogli też dostać szybciej mieszkanie i to ich satysfakcjonowało. Czasami w Kraśniku zapominano o własnych piłkarzach, którzy na tej samej zasadzie opuszczali „Stal”. Świetnym napastnikiem był Bogdan Drzazga, który u nas miał tylko VII grupę i dlatego odszedł do KSZO Ostrowiec. 

Od lewej: Powązka, Maziarczyk, Biernacki, Dachno, Dydliński, Machura, Pietraszewski, Drzazga, Brzychcy, Golde, Stażewski

Treningi w czasie kiedy grałem, nie były zbyt ciężkie. Trenerami często zostawali dawni zawodnicy, po zakończeniu kariery i nie wszyscy mieli wiedzę na temat metod treningowych. Dobrym trenerem był Karpiński, który pochodził ze Lwowa, gdzie grał przed wojną w „Pogoni”. Dobrze wspominam też trenera Piekło, pochodzącego z Krakowa. Podczas mojej kariery zawodniczej nie było takich jak dziś możliwości przeprowadzania treningu. Nie było prawie żadnych przyrządów do ćwiczeń, dlatego w zimie trener kazał nam biegać po lesie. Dobiegaliśmy do jakiegoś punktu i wracaliśmy, a potem grało się w sali, po dwóch lub trzech. Zainteresowanie piłką nożną było u nas ogromne. Jeśli treningi odbywały się o 16 lub 17 na stadion przychodziło nas oglądać bardzo dużo osób, czasami nawet półtora tysiąca. Często kibice towarzyszyli nam także na meczach wyjazdowych. Kiedy graliśmy w A klasie, w której była także Janowianka, kibice sami wynajmowali w PKSie ciężarowe „Stary” i jechali kibicować. Sądzę, że mogło to być nawet 50 samochodów, a podróżowało się wówczas z tyłu, na pace. Podobnie duże zainteresowanie towarzyszyło meczom „Stali” z zespołami lubelskimi. Zdarzało się, że do Kraśnika Fabrycznego przyjeżdżało kilkadziesiąt ciężarowych „Starów” z kibicami i wszystkie ulice wokół stadionu były nimi obstawione. Jadąc na mecz nie mieliśmy żadnych wygód. Do Poniatowej jeździło się na mecz przez Lublin, gdyż nie było jeszcze bezpośredniej drogi, poza polną. Do Tomaszowa również jechaliśmy przez Lublin, dojazd trwał kilka godzin i trzeba było wyruszyć bardzo wcześnie. Podobnie jak kibice, na mecze jeździliśmy samochodami ciężarowymi. Paka z tyłu nie było osłonięta, do siadania były tylko deski. Gdy padał deszcz mokliśmy. Innym razem byliśmy okurzeni, bowiem droga do Lublina w latach pięćdziesiątych była żużlowa.

Piłka nożna, w okresie w którym grałem, była inna niż teraz. Nie słyszało się o handlu meczami, zawodnicy nie otrzymywali za grę pieniędzy z klubu, bo grali dla przyjemności. Czasami Ryszard Ciepielewski, na koniec sezonu, załatwił jakieś pieniądze w fabryce na nagrody. Były to jednak niewielkie kwoty. Duże problemy mieliśmy ze sprzętem, dlatego klub zatrudniał w magazynie szewca, który naprawiał piłki i buty. Takie to były czasy.

Mecz międzypaństwowy

Pierwszy mecz międzypaństwowy rozegrany został w Kraśniku Fabrycznym pomiędzy piłkarzami Robotniczego Klubu Sportowego „Stal” Kraśnik a drużyną Debreceni Törekvés, w roku 1956. 26 lipca piłkarze kraśniccy przegrali 1:2. Goście prowadzili już 2:0, gdy kontaktową bramkę strzelił Bogdan Drzazga. Bardzo udany występ miał bramkarz „Stali”, były reprezentant Polski juniorów, Jan Powązka, który przeszedł do kraśnickiego zespołu z I-ligowej Stali Sosnowiec. Wynik spotkania nie był wielkim zaskoczeniem, przeciwnik był wyżej notowany, choć nie przyjechał w najsilniejszym składzie. Węgierska piłka nożna notowana była wówczas wysoko. W 1954 roku Węgrzy awansowali do finału Mistrzostw Świata, w którym przegrali z Niemcami Zachodnimi 2:3, mimo prowadzenia 2:0 (pierwszego gola dla Węgier strzelił sam wielki Puskás). Mecz z Węgrami na stadionie w Kraśniku Fabrycznym oglądały rzesze kibiców.

Skład „Stali” Kraśnik: Powązka, Biernacki, Zagórowski, Maziarczyk, Pietrachowicz, Dachno, Starzecki, Drzazga, Zasławski, Machura, Golda.

Skład Törekves Debreczyn: Papp, Csatlos, Doman, Kovacs, Simonyi, Mare, Komlossy, Zilahyi, Farkas, Fekete, Csullogh. Mecz sędziowali: Michalewski, Raczkowski, Jakubowski.

Mecz „Stali”  z Debreczynem. Od lewej: Biernacki, Stefan Kalwasiński (działacz), Bogdan Drzazga, Janusz Machura, N.N., N.N., Zagórowski, Józef Maziarczyk, Powązka
Zespół „Stali” w meczu z drużyną z Debreczyna: Starzecki, Golda, Pietrachowicz, Biernacki, Bogdan Drzazga, Machura. Bramkarz Powązka
Mecz „Stali” z Debreczynem

opracował: Mirosław Sznajder

źródła: archiwalne wydania „Życia KFWM”

Mecz „Stal” Kraśnik i Törekves Debreczyn – zdjęcia pochodzą ze strony Lubelskiego Centrum Dokumentacji Historii Sportu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s